wtorek, 17 marca 2009
“Szukam dobrej taktyki do FM-a, gram Realem Madryt" - obśmiewana fraza (zwycięski "Cytat Roku" na ForumCM), a właściwie reakcja na nią dobitnie pokazuje - gra Chelsea, Manchesterem, Barceloną, czy Realem jest zwyczajną ujmą na honorze dla prawdziwego fana gry. Czy aby na pewno?
W wersji 2006 wszystko było klarowne. Jeżeli już decydowałem się na grę potęgą, wygrywałem wszystko po kolei - nierzadkie były sytuacje, gdy zwyciężało się ligę bijąc jakiś nierealny rekord, a to nie tracąc gola w trzydziestu spotkaniach z rzędu, a to nie przegrywając sto dziesiątego meczu u siebie z rzędu (zbieżność z realnym osiągnięciem pewnego aroganckiego Portugalczyka najzupełniej zamierzona). Często rozpoczynałem rozgrywkę drużynami pokroju Newport County, budowałem zespół zupełnie od podstaw, prowadząc zespół średniaka Conference ku triumfowi w Lidze Mistrzów. Zabieg ten powtarzałem w wersji 2007 (z gorszym skutkiem), natomiast rok później wyzwanie, choć podejmowane jeszcze ochoczo, zazwyczaj zamieniało się po kilku sezonach w koszmar, po którym drużyna spadała z hukiem lądowała o klasę niżej. Należy sobie zadać pytanie: dlaczego tak się stało? Złagodniałem? Zabrakło pasji, zacięcia? Być może. Ważny jest jednak fakt, że odpaliłem rozgrywkę londyńską Chelsea... i wciągnąłem się na dobre. Było łatwo, miło i przyjemnie. Po przeprowadzeniu ledwie kilku transferów drużyna stawała się na tyle mocna, że zmiany taktyki w trakcie były ledwie kosmetyczne. Przez chwilę poczułem się jakbym grał w FM 2005, gdzie wystarczyło kupić kilku piłkarzy przed sezonem i wyjechać na urlop, by w dwa-trzy sezony zrobić z wrocławskiego Śląska potęgę na miarę Ligi Mistrzów. Pod moją wodzą Chelsea wygrywała. Może nie spektakularnie, może przydarzały się wpadki ale... wróciła zwykła radość ze zwycięstwa. Początkowo myślałem, że bierze się to głównie z mojej wielkiej sympatii do Londyńczyków, jednak później spróbowałem sił w innych potęgach – Inter, Barcelona, czy Real prowadziło się równie przyjemnie!
I tu dochodzimy do roku obecnego. Pointą tego tekstu mogłoby być stwierdzenie, że era samograjów z Barcelony, Turynu, czy Manczesteru umarła wraz z nadejściem Football Managera 2009. Mniej więcej od tegorocznej edycji rozgrywka w FM-ie stała się bowiem tak trudna, skomplikowana i absorbująca, że nawet tym przysłowiowym (OK, nie ma takiego przysłowia) Realem Madryt wygrywanie wymaga dłuższego kontaktu z grą, a nawet (o zgrozo!) analizy mocnych punktów przeciwnika pokroju Betisu Sewilla, Murcii, czy Levante. A skoro nawet niezobowiązująca partyjka europejską potęgą sprawia, że umysły muszą pracować na dużych obrotach, to jak ciężko musi być grając średniakiem? By sprawdzić, objąłem Middlesbrough FC. Zacząłem od przeprowadzenia kilku transferów, wymyślenia taktyki... i porażek w pierwszych spotkaniach. Okazało się bowiem, iż pomysł ofensywnego, radosnego podejścia do gry jest ideą zupełnie chybioną. Efektem był spadek z hukiem już w drugim sezonie gry (dzięki Bogu i SI za urlop, wytrwałem tyle dzięki rozgrywaniu spotkań pucharowych przez asystenta) i wielką chęć wyrzucenia monitora przez okno po którejś z rzędu porażce 0-1 przed własną publicznością. Ja rozumiem, że ta gra nie jest relaksującą zręcznościówką, ale... czemu zmiany w poziomie skomplikowania rozgrywki postępowały tak radykalnie? Wreszcie, czemu SI nie zdecyduje się na wprowadzenie stopniowania poziomu trudności?
Rozumiem, że są na Scenie ludzie, którzy potrafią wygrać Ligę Mistrzów Orlętami Radzyń Podlaski w pierwszym sezonie gry w ekstraklasie. Rozumiem, że niektórym wystarczy pobieżna analiza poczynań przeciwnika, by pokonać go różnicą kilku bramek. Rozumiem, że niektórzy rozumieją tę grę. Niestety, ja się do ów elitarnej grupy nie zaliczam. Po pierwsze, nie mam cierpliwości, po drugie nie mam czasu, a po trzecie nie mam chęci. Dlatego - nie bacząc na docinki prawdziwych, hardkorowych fanów Football Managera, w tej właśnie chwili odpalam sejwa, w którym prowadzę bogatą i naszpikowaną gwiazdami Chelsea. Jeśli się przyłożę to kto wie, może uda się nawet zgarnąć potrójną koronę?
A jeśli się nie uda, to może przetestuję ustawienie autorstwa jakiegoś innego gracza? Wszakże w 2008 grałem autorską modyfikacją taktyki Kita070... która niedawno pojawiła się pod 2009! Gdybym miał jeszcze komputer, który zdołałby uciągnąć grę przy włączonych kilkunastu ligach...
środa, 4 lutego 2009
Społeczeństwo idealne
Dopalał papierosa. Niedługo nie będzie można zapalić nawet w wyznaczonych strefach, pomyślał. W ostatnich latach pod karą śmierci zabroniono picia alkoholu, papierosy były dostępne tylko dla służbistów i wojennych kombatantów. On cieszył się tym statusem, właściwie, jak sam twierdził, "tylko nikotyna trzymała go przy życiu". Stał na najwyżej położonym tarasie w całym Westtown. Podszedł do barierki. Popatrzył. Widok nie robił już nań najmniejszego wrażenia, jednak dla odwiedzającego miasto po raz pierwszy, mógł być iście epicki. Po sam horyzont roztaczała się panorama gigantycznego miasta. Miasta porządku i prawa. Wszystkie budynki były takie same. Idealnie równe, prostopadłościenne i śnieżnobiałe z małymi, zawsze zamkniętymi okienkami. Jak to się stało, pomyślał. Jak to się stało, że brudna, zdławiona korupcją i przestępczością metropolia zwana przedtem Los Angeles zmieniła się w Westtown, miasto o którym śnili wszyscy królowie, prezydenci, czy dyktatorzy - z jednej strony kwitnące i bogate, a z drugiej utrzymane w porządku, z ograniczonymi swobodami obywatela, będące pod pełną kontrolą, bez kontrowersyjnych i psujących ten niesamowity ład jednostek.
Takich jak on. Jak Hank Marshall .
Wychowywał się w Kalifornii, pochodził z Long Island. Dzieciństwo upływało pod znakiem dostatku, niczym nieograniczonego szczęścia... do czasu. Do czasu powtórnej secesji. Kryzys gospodarczy zapoczątkowany idiotycznymi posunięciami banków na początku XXI wieku doprowadził kraj na skraj upadku. W 2010 roku zastrzelony przez zamaskowanego zamachowca został ówczesny prezydent, Barack Obama. Jednolita dotąd demokracja podzieliła się na dwa obozy, prawicowy i lewicowy. W armii również zawrzało. Najwięksi generałowie US Army chcieli zaprowadzić w państwie rządy silnej ręki. Nie udało się jednak zjednoczyć społeczeństwa. Wkrótce oba stronnictwa posiadały już odrębne wojsko, skarb i ustrój. Republikanie szybko przeprowadzili zamach stanu, obejmując kilka regionów w swoje władanie - Kalifornia, Waszyngton, Oregon i Nevada, dotąd nienawidzące prawicowców, stały się ich posiadłościami. Demokraci rychło ruszyli na południe, doszczętnie niszcząc republikański Teksas, jednocześnie umacniając granicę przebiegającą przez Dakotę, Nebraskę, Kolorado i Nowy Meksyk. To był jednak zaledwie początek. W końcu od Ameryki odwrócili się dotychczasowi sojusznicy, Europa i Chiny zajęły się swoimi wewnętrznymi sprawami. Kraj, który ostatni raz zaznał wojny na swoim terytorium przed dwustoma laty, pogrążył się w chaosie. Początkowo silne stronnictwa ponosiły jednak coraz większe straty. Miliony młodych ludzi bezsensownie oddawało swe życie na froncie. W końcu trzeba było zakończyć rozlew krwi. W 2015 roku, po kilkunastomilionowych stratach ludzkich z obu stron, ustalono respektowaną przez obu zainteresowanych granicę. Na wchodzie do władzy doszła 'stara gwardia', na czele z naczelnikiem państwa Billem Clintonem. Nie zmieniono wiele, Wschód był raczej kontynuatorem idei Starej Ameryki, której - jak przekonywali prawicowcy - formuła się już wyczerpała. Na zachodzie rozpoczęto od masowych mordów Murzynów i Latynosów , praktykowanych ze szczególnym uwielbieniem przez gen. Adriana Marksa, byłego członka Ku Klux Klan. Po 'oczyszczeniu' kraju rozpoczęto budowanie 'New America', państwa prawa i porządku. Władzę przejął Rober de Simons, holenderskiego pochodzenia polityk prawicowy. Wygrał pierwsze wybory obiecując zaprowadzenie porządku na ulicach. Zdobył 95% poparcia społeczeństwa zmęczonego konfliktem. Rychło zaprojektowano nową stolicę - Los Angeles, jako symbol dawnej Ameryki przemianowano na Westtown, megametropolię, w której mieszkanie znalazło ponad 50 milionów ludzi. Hank wojnę przeżył w schronieniu, razem z siostrami pomagali ukrywać czarnych uchodźców. W końcu, gdy sprawa się wydała, jako "zbrodniarzy piorących mózgi młodym Amerykanom" zabito jego rodziców. Siostry umarły z wycieńczenia, leżąc w przydrożnych rowach gwałcone przez żołdaków. Jego samego wcielono do wojska. Służba minęła jednak szybko, już w 2015, po spędzeniu w armii zaledwie 24 miesięcy przesunięto go do rezerwy. Dostał mieszkanie na południu miasta.
Zacharczał i splunął w dół. Jęknął, czując jakby ktoś kopnął go w nerkę. "Rządy każą na bieżąco", przypomniał sobie. Tak oto zatytułowany był bowiem projekt pewnego żydowskiego naukowca, wynalazek który zrewolucjonizował życie szarego mieszkańca Zachodniego Wybrzeża. Każdy obywatel miał przyczepioną do ciała sieć połączonych ze sobą elektrod, które "egzekwowały prawo", gdy tylko niesforny mieszkaniec zdecydował się popełnić jakieś drobne wykroczenie. Zaśmiecanie ulicy, twierdzenie nieprawdy o miłościwie panujących, czy też zwyczajne splunięcie... Wszystko było rejestrowane na kamerach, których zapis nadzorowała naprawdę gigantyczna ilość ludzi. Dość powiedzieć, że w tej 'branży' pracę znalazło przeszło 30% populacji Westtown. Co ciekawe, 25% stanowili policjanci, a kolejne 10% tajne służby wywiadowcze. Reszta pracowała wyłącznie w przemyśle, rolnictwo zostało zaś udoskonalone w tak niewiarygodny sposób, że (cytując ministra gospodarki) "do pracy w tym barbarzyńskim zawodzie nie marnuje się już więcej cennych ludzkich rąk". Rynek tzw. usług, jako kapitalistyczny wymysł całkowicie zlikwidowano. Początkowo zniknęła też wolna prasa. Później zaprzestano druku wszystkich gazet, nie emitowano programów informacyjnych (z czasem rozrywkowych), Internet pozostawał zaś w użyciu tylko wyspecjalizowanych służb wywiadowczych. Zresztą, po co media, skoro nie ma kogo rozliczać z występków? W społeczeństwie idealnym wszyscy byli przecież czyści. Politycy, którzy sięgnęli po władzę w 2015, dzisiaj już praktycznie nie istnieli. Zastąpiła ich gromada 20-25-letnich przedstawicieli "nowej klasy rządzenia", ludzi wychowanych już w nowym porządku, nie myślących o korupcji i własnych korzyściach. Od poprzedniego roku scalono ze sobą też wszystkie partie, bowiem przekonania i odrębność ugrupowań zatarły się wraz ze zmianą pokoleniową. Partia pracy stała ponad wszystkim, partia pracy to, partia pracy tamto, pomyślał krzywiąc się z obrzydzeniem.
Usłyszał trzy wyraźnie sygnały. Wydął wargi, czekając na codzienny komunikat Władzy.
"Wszyscy ludzie urodzeni przed 13 stycznia 1996 mają obowiązek stawić się na spisie ludności o godzinie 15"
Uśmiechnął się. Cóż za kultura. Za pół godziny z lekka licząc 10 milionów ludzi uda się na komisariaty policyjne (zastąpiły one urzędy w 2018), a na ulicach ani na chwilę nie zapanuje chaos. Bo przecież tu nigdy nie ma korków. Nigdy nikt nie trąbi na innych kierowców, nigdy nikt się tu nigdzie nie spieszy, choć zawsze jest się punktualnym. Pięknie. Wypalił kolejnego papierosa. Westchnął. Urodził się 12 stycznia 96'. Czas stawić czoła władzy.
Stawił czoła. Punktualnie o 15:01, 13 stycznia 2026 roku, kończący 30 lat Hank Marshall splunął w twarz wykonującemu rutynową procedurę "Czystka" komendantowi policji. Ten nie zdenerwował się, nie użył siły. Był sumiennym służbistą. Potraktował go jak każdego innego, choć każdy inny szedł na śmierć z przekonaniem, że dzieje się dobrze, że emeryci nie są potrzebni Państwu. Wszyscy byli równi. Wszyscy byli dzisiaj równi, wszyscy, jak jeden mąż, skończyli z kulą w potylicy.